dziennik | koncerty | skład | historia | teksty | foto | media | dyskografia | sklepik | prasa | księga | linki | forum | kontakt


 


HISTORIA KOŃCA ŚWIATA
 

 
 
CZĘŚĆ I
2000 - 2001

 
 
Dawno, dawno temu... było sobie miasto, czyli pierwsze koty za płoty...
 
W 1993 roku założyłem swój pierwszy zespół. Było to zwykłe akustyczne granie, bez basu i perkusji - dwie gitary, ja i mój kumpel Rafał Kwietniewski (obecne wzięty aktor). Zrobiliśmy razem może jeden numer instrumentalny, bo nikt nie odważył się zaśpiewać. Przez jakiś czas próbowaliśmy skompletować zespół, lecz nie było nikogo kto mógłby z nami grać, dlatego też zakończyliśmy współpracę i każdy poszedł własną drogą. Gdy już myślałem, że do końca życia będę sam brzdąkać na gitarze, na przełomie 1994 i 1995 roku narodził się "Sellout". Jeden z pierwszych i najbardziej znanych zespołów osiedlowych. Namnożyło się tych zespołów jak grzybów po deszczu, lecz dzisiaj nicjuż o nich

nie słychać. Za perkusją zasiadł Macior (później bębnił w grupie Hariasen), a na basie grał Domin (były basista De Windows) - do dziś moi bardzo dobrzy przyjaciele. Sellout jednak umarł śmiercią naturalną i znowu grałem sobie a muzom. A, że trudno było wytrzymać bez grania...

 

Na początku 2000 założyłem kolejny zespół, pierwszy doszedł do mnie Tomek Widera (również były basista z  kapeli De Łindows). W niedługim czasie skompletowaliśmy skład i zaczęliśmy ostro pogrywać. Nazwy jednak jak nie było tak nie było. W końcu, pod presją pierwszego koncertu, który notabene nie odbył się, byliśmy zmuszeni nazwać jakoś nasz band. Kompletnie nic nam nie przychodziło do głowy. Lecz, gdy już trzeba było wrzucić nazwę na plakat, w ostatniej chwili padło na KONIEC ŚWIATA. Żadna rewelacja, jeśli chodzi o nazwę grupy, taka sobie nazwa, bez żadnych ukrytych znaczeń, sucha, bezpłciowa. W skład grupy  wchodzili wówczas: Łukasz Gmyrek - bębny, Witek Ilwicki - gitara, Dawid Frydryk - trąbka, ja i Tomek Widera.

 

Po siedmiu miesiącach wspólnego muzykowania, w przeciągu 4 dni nagraliśmy naszą pierwszą kasetę Pt. „KORZENIE” w studio Clash u Rogera z Kliniki (serdeczne pozdrowienia), która następnie została wydana przez gliwickie wydawnictwo Zima. Jak zwykle o wszystkim zadecydował przypadek, szczęście, itp. rzeczy. Zaczęliśmy nieco więcej koncertować, coraz dalej, ale bez przesady.

 

I tak, aż do 2001 gdy postanowiliśmy nagrać drugi album pt „SYMFONIA NA SPRZEDAŻ”. W tym samym mniej więcej czasie nad zespołem zaczęły unosić się  czarne chmury. Coś nie grało, atmosfera była nie ta, itd.. Cały czas coś negatywnie iskrzyło, zamiast prób były awantury, bezsensowne kłótnie na idiotyczne i nikomu nie potrzebne tematy, co tu ukrywać, było ciężko. Los jednak chciał, żebyśmy  nagrali jeszcze jedną płytę nim wszyscy się pozabijamy. Tym razem padło na studio Czad. Cudem jakoś poszło bez rozlewu krwi. Po powrocie ze studia nagrań zagraliśmy jak się później okazało nasz ostatni wspólny koncert.

 
 

Koniec i początek Końca Świata...

 

Zostałem ja i Tomek, postanowiliśmy za wszelką cenę odbudować zespół, znaleźć nowych muzyków, a ciężko było, oj ciężko. Szkoda było włożonej w to wszystko pracy, wysiłku, nerwów, użerania się z tym wszystkim, a poza tym bardzo zależało nam na zespole. Część koncertów trzeba było odwołać, ale postanowiłem nie odwoływać wszystkich. Do koncertu w Warszawie w klubie "Hybrydy” pozostawał miesiąc w zespole zamiast pięciu było dwóch.

 

Skompletowanie składu to jedno a ogranie materiału to drugie. Nie było czasu do stracenia, pierwszy doszedł do nas mój dobry znajomy Czepek - Jacek Czepułkowski kiedyś gitarzysta i śpiewak osiedlowo – garażowego zespołu "Flush", mieli nawet parę niezłych numerów, ale nie przetrwali długo. Wiedząc o tym, że jest bezrobotnym gitarzystą zaproponowałem mu wspólne granie - odpowiedział, czemu nie? można spróbować - było nas już trzech. Następnie doszedł perkusista Sebastian Szatanik, znajomy Tomka jeszcze z czasów De Łindows, bardzo twardy zawodnik, nie dawno wyszedł z wojska, gdzie nie raz nocował pod gołym niebem, w okopach, strzelał z armaty i robił inne dziwne i nikomu nie potrzebne rzeczy. Na końcu doszedł Szymon Cirbus, trębacz pierwsza klasa, wesoły i inteligentny chłopak, najmłodszy w zespole. Nie było nawet kiedy się przetrzeć, tylko od razu wypłynęliśmy na szerokie wody.

 
 

Warszawa rok 2001 klub "Hybrydy" - Czyli debiut nowego Końca Świata...

 

Było świetnie, pełny klub, gorąca atmosfera i świetne przyjęcie. Może nie zagraliśmy super, ale było nie źle, co najmniej dostatecznie, spocone ręce, sztywne nogi i pełne skupienie, to jedne z czynników, które nieco obniżały wartość artystyczną naszego koncertu -  ale  jakoś poszło. Po niecałej godzinie okazało się, że zagraliśmy już cały nasz repertuar (tyle ile do tego czasu zdążyliśmy przegrać), ludzie krzyczą bis, zagrajcie jeszcze! A my patrzymy się na siebie jak ciele w namalowane wrota, ni stąd ni zowąd zaczęliśmy grać jakieś piosenki, które znałem tylko ja i Tomek, małe zamieszanie na scenie, chłopaki z zespołu trochę spanikowali, co to jest?!-  Pytali, jakie akordy?! Było śmiesznie, ale jakoś dojechaliśmy. Całość oceniam dostatecznie.

 

Debiut mieliśmy już za sobą. Później były już następne koncerty min. Winter Reggae, Afryka i inne mniejsze w klubach. Powoli się przecieraliśmy, było jeszcze sporo pracy przed nami, litry wylanego  potu i tysiące zerwanych strun, ale przecież nie od razu Rzym zbudowano. Wszystko było na dobrej drodze. Najważniejsze, że po tych wszystkich próbach, Koniec Świata wreszcie stał się zespołem, którym tak naprawdę nigdy wcześniej nie był, i nie chodzi tu wcale o poziom muzyczny grupy, lecz o związki i kontakty międzyludzkie. Wydawało nam się, że stanowimy zwartą grupę,   dobrze się ze sobą rozumiemy i czujemy, zarówno na scenie jak i poza nią, a co najważniejsze, szanujemy siebie nawzajem...

 
 

CZĘŚĆ II

2001 - 2006

 

Czas poszedł dalej, wiele się pozmieniało. Wszystkie poprzednie wywody i hasła o zwartej grupie i zwartych szeregach dziś stają tak bardzo nieaktualne jak przedwojenna gazeta. Chyba za bardzo wierzyłem w to, by było tak, jak chce. Czas jednak pokazał, jak było naprawdę. Ostatnie słowa zostały napisane w 2001, dzięki Bogu mamy już koniec 2006. Pięć lat do napisania, drapie się po głowie i myślę, co tu napisać, przecież nie wszystko pamiętam… Mam jednak nadzieje, że nie umknie mi żadna istotna rzecz...

 
 

Postaram się przybliżyć Wam najistotniejsze zdarzenia, jakie miały miejsce przez ten czas...

 

Od końca pierwszej części historii zagraliśmy dużo koncertów w mniejszych i większych miastach, wydawało mi się, że wszystko było na dobrej drodze, jednak z perspektywy czasu mogę śmiało powiedzieć, że było coraz gorzej. W roku 2003 po pewnym koncercie z okazji WOSP w klubie „Za szybą” w Katowicach zapadłą decyzja o zmian perkusisty, grał wtedy z nami Seba. Decyzja ta spowodowana była różnymi zawiłościami personalnymi, o których po tak długim czasie nie sposób opowiedzieć. Rozpoczęliśmy więc polowanie na pałkera – a nie było to łatwe. Próbowaliśmy wszystkich (jakich tylko znaliśmy lub też nie znaliśmy) po kolei, a zbyt wielu kandydatów nie było.

 

Pewnego dnia dostaliśmy kontakt do pewnego młodego człowieka, który zwał się Olo Juraszczyk - kontakt ten dostaliśmy od Justyny Ludkowskiej (puzonistki, która grała z nami gościnnie parę koncertów). Zadzwoniłem więc do Ola z propozycją grania disco - pola. Powiedział: „dlaczego nie?”. Odetchnęliśmy, tym bardziej, że chłopak grał bardzo kaczo na swoim zestawie. Jednak, gdy zaproponowaliśmy mu granie na stałe, nie zgodził się, twierdząc, że ma też inna kapelę oraz tłumacząc, że na pewno nie pogodzi dwóch zespołów i raczej nie zagrzeje u nas miejsca. Olo zgodził się pograć z nami do czasu, gdy znajdziemy drugiego tak dobrego (lub lepszego).

 

Były kolejne przesłuchania, próby, poszukiwania, lecz wszystko to jak krew w piach. Aż tu razu pewnego, Szymon przypomniał sobie o pewnym perkusiście z czasów szkoły średniej. Jak później się okazało, to było to, czego przez cały ten czas szukaliśmy.

 

Był to Piotrek Połaniecki, dziś dla wszystkich Piter – żelazny kręgosłup zespołu. Pamiętam, że pierwszy raz umówiliśmy się z nim pod kinem „Lotnik” w Będzinie. Wtedy to w paru słowach opowiedzieliśmy mu o kapeli, omówiliśmy temat bycia w zespole i kogo tak naprawdę szukamy. Jego odpowiedź była jak najbardziej pozytywna, co bardzo nas ucieszyło. Początki nie były łatwe, gdyż Piter nigdy wcześniej nie grał w żadnej kapeli rockowej i co za tym idzie nie miał typowo rockowego doświadczenia oraz punk rockowego szlifu. Bardzo szybko jednak nadrobił te wszystkie braki i po pewnym czasie zaczął bębnić najpiękniej ze wszystkich perkusistów, którzy do tego czasu przewinęli się przez Koniec Świata.

 

W chwili, kiedy Piter był już na pokładzie, zostaliśmy zaproszeni na festiwal Woodstock 2003 do Żar. Szkopuł jednak w tym, że nie mógł z nami zagrać, gdyż w tym samym czasie ciężko zarabiał pieniądze na swój byt na drugim końcu Polski. Całe szczęcie cały czas mieliśmy niesamowitego zawodnika, a mianowicie wszystkim już dobrze znanego Pana Ola – człowieka, na którego można liczyć w każdej sytuacji. Większość naszego materiału już znał, byliśmy w miarę ograni, więc zagraliśmy ten niezapomniany koncert razem z nim.

 

Piter zadebiutował w Niemczech 30.08.2003 w mieście Ebersbach na festiwalu „Das Kulturfestival“. Potem były następne koncerty, aż z czasem Piter bardzo zaangażował się w prace w zespole, co wyszło nam oczywiście jak najbardziej na dobre, ponieważ dotychczas żaden pałker nie poświęcał kapeli tak wiele czasu, energii i pracy. Można by rzec, że przesiąknął tak mocno rock and rollem, jak wełniany sweter mocnymi papierosami.

 

Był rok 2004 i w tym właśnie okresie pracowaliśmy nad nową płytą „KINO MOCKBA”. Mieliśmy już nagrane demo i dosłownie tygodnie dzieliły nas od wejścia do studia, celem zrealizowania materiału. Wszystko układało się w miarę dobrze, aż do pamiętnego koncertu dnia 17.07.2004 w Żorach, gdzie graliśmy razem z Houbą (czeskimi punkersami z Usti Nad Labem). Impreza zakończyła się nieoczekiwanie, ponieważ wkrótce po rozpoczęciu koncertu przez wspomniana Hoube, ktoś poczęstował nas wszystkich gazem, co w efekcie skończyło się ewakuacją przybyłych. Właśnie wtedy, w tak pięknych okolicznościach przyrody, Tomek (nasz ówczesny basista), który wręcz brylował swoim trudnym charakterem, dał popis swoich umiejętności w „sztuce negocjacji”. Wytoczył przeciwko nam armaty, które pojawiały się, w stosunku do nas często przed i po prawie każdym koncercie. Mieliśmy serdecznie dosyć, zwątpiliśmy. Najgrubsza struna, która już od dłuższego czasu była naciągana, w końcu pękła i opadły nam ręce. Rozstaliśmy się przed klubem.

 

Wracając do domu zatrzymaliśmy się na pewnej stacji, gdzie podjeżdżają ludzie swoimi autkami, celem ich zatankowania. Po krótkiej rozmowie jednogłośnie podjęliśmy decyzje, że na tym koniu daleko nie zajedziemy, uprzytomniliśmy sobie, że z tej mąki chleba nie będzie, że wszystkie nasze przeprowadzone rozmowy nic nie dały i musimy z tym skończyć - Tomek musi odejść. Nie było nam wtedy łatwo, patrząc z perspektywy ciężkiej pracy włożonej w przygotowanie nowej płyty, gdzie dosłownie godziny dzieliły nas od wejścia do studia, wszystko było przygotowane i dopięte na przed ostatni guzik. Nie żałujemy tej decyzji.

 
 

Znowu trzeba było ubrać strój gajowego, przywdziać kapelusik z piórkiem, spuścić ze smyczy jamniki i inne kundle myśliwskie i rozpocząć polowanie...

 

Tym razem na basistę. (... w tym momencie Melo zadałby pytanie,... „A jak to jest na basistę”?) Były kolejne poszukiwania, przesłuchania, ale jakoś nikt konkretny nie chciał się zjawić. Jednak pewnego pięknego dnia, kiedy to spacerowałem z Czepkiem szerokimi ulicami naszego osiedla, spotkaliśmy mojego starego znajomego z podstawówki i to on właśnie uświadomił nam, że brat naszego wspólnego kumpla, z którym to ja chodziłem najpierw do przedszkola a potem do podstawówki, gra na basie i to ponoć całkiem nieźle. Nie powiem, żebyśmy z Czepkiem byli specjalnie rozentuzjazmowani tą wiadomością, gdyż z reguły podchodzimy sceptycznie do pewnych spraw, aby potem ewentualnie miło się rozczarować. Tak czy inaczej, wzięliśmy sobie tą informację do serca i na drugi dzień zadzwoniłem z tą „niemoralną propozycją”. Trochę chciało mi się śmiać, gdy wykręcałem numer, gdyż ostatnio Marka (Mela) widziałem, kiedy miał 10 a ja 13 lat, tak więc trochę czasu minęło. Dokładnie już nie pamiętam tej rozmowy, w każdym razie jej finał był pozytywny.

Melo grał wcześniej w kapelach Kosmos i Crystal Viper – na gitarze basowej ma się rozumieć.

Po pierwszej próbie wszyscy jednogłośnie stwierdziliśmy, że to jest to, no i od tej pory Melo gra z nami do dnia dzisiejszego.

 

Melo, czyli Marek Mrzyczek zadebiutował 18.09.2004 plenerowym koncertem w katowickim Parku Kościuszki, gdzie graliśmy razem z zespołem Raz Dwa Trzy. Podobno sadził wtedy byka za bykiem, scena jednak była tak duża, że jakoś nie zwróciłem na to uwagi. Melo to człowiek, który ujął nas nie tylko swoją dobrą grą, warsztatem, solidnością i wiedzą muzyczną, ale również ogromnym poczuciem humoru, niewyczerpanym zasobem dowcipów oraz kawałów no i tym, że potrafi wypić znacznie więcej niż my, co było swego rodzaju nowością!

 

Jeszcze przed debiutanckim koncertem Mela, zrobiliśmy cały materiał na płytę „Kino Mockba”. Z perspektywy czasu, mogę powiedzieć, że mieliśmy niesamowite szczęście, ponieważ Melo był w miarę ograny i co najważniejsze kumaty, łykał numery jak pelikan, w przeciwnym razie musielibyśmy przełożyć datę wejścia do studia na bardziej odległy termin.

 

Owocem tej intensywnej pracy był wydany 30.05.2005 przez wydawnictwo Rockers Publishing album „KINO MOCKBA”. Album, w który wszyscy włożyliśmy bardzo dużo serca pomimo różnych sytuacji osobistych oraz przeciągającej się sesji nagraniowej. „Kino Mockba” nagraliśmy w Maq Studio w Wojkowicach, współpracował z nami bardzo utalentowany realizator Michał Rosicki, który notabene, do pewnego czasu, jeździł z nami prawie wszędzie realizując nasze koncerty.

 

Na początku 2006 roku doszedł do nas Zbyszek Kruczek, czyli wszystkim dobrze znany Mruku, człowiek, który wcześniej organizował nam i wielu innym kapelom koncerty w Nowym Sączu. Mruku zajął się szeroko pojętym managementem – organizacją koncertów, sprawami organizacyjnymi, różnymi nikomu nie potrzebnymi rzeczami itp. Innymi słowy stał się gościem od brudnej roboty (szara eminencja).

  

Od tamtej pory zespół przetrwał bez zmian personalnych do dnia dzisiejszego. Modlę się, aby ten skład przetrwał tak długo, jak to tylko możliwe, żeby tylko starczyło nam sił, wytrwałości, zacięcia, pomysłów i determinacji…
 
 
CZĘŚĆ III
2006 - 2011

 
Pisząc naszą historię postawiłem ostatnią kropkę w roku 2006. Dziś mamy 2011 – 5 lat do opisania, co, gdzie, z kim, po co i za ile. W historii 5 lat to zaledwie parę stron książki, czytasz kolejny rozdział i już jesteś o 50 lat o może i cały wiek do przodu. Jednakże w naszym przypadku przez te 5 lat sporo się wydarzyło. Niestety nie prowadziłem przez ten czas żadnych dzienników pokładowych, złotych myśli, czy pamiętników, dlatego też wielu rzeczy z pewnością nie pamiętam. Postaram się jednak poszperać w kredensie mojej łepetyny i poodkurzać wspomnienia z tych 5 ostatnich lat.

 
 
Kluby wypchane jak dobra kasza słoniną i niezapomniane imprezy…

 
Po wydaniu płyty „Kino Mockba” nakręciliśmy swój pierwszy teledysk – oczywiście własnymi siłami z pomocą kilku znajomych. Prosta produkcja typu „no budget”. Całość została nakręcona na ulicach Katowic, w osiedlowym barze „U Wernera” oraz na podziemnym parkingu Ikei (bez zezwolenia). Na szczęście zdążyliśmy nakręcić wszystkie ujęcia zanim nas stamtąd wygonili. Całość zmontował Czepek na swoim starym komputerze i w końcu mieliśmy swój pierwszy po sześciu latach oficjalny teledysk. Nawet do głowy nam nie przyszło, że ktokolwiek mógłby go wyemitować. Tym większe było nasze zaskoczenie, gdy zobaczyliśmy   naszego klipa domowej roboty w 4FUN TV, czy w Polsacie 2 – po prostu Ameryka :).
 
Z perspektywy czasu muszę przyznać, że rok 2006 był dla nas dobrym i owocnym okresem. Zostaliśmy zaproszeni na „Trasę 2006” zespołów Happysad i Hurt. Zagraliśmy naprawdę świetne koncerty przy pełnych klubach. Dopiero na tej trasie zobaczyłem jak mocną pozycje na scenie mają chłopaki z Happysad i jak wielkie kluby zapełniają.
 
Wakacje 2006 - to także obwity w wydarzenia okres. Po raz drugi dostaliśmy zaproszenie od Jurka Owsiaka na Woodstock, który w tamtym czasie odbywał się w Kostrzynie. Następnie był Festiwalu w Jarocinie i także niezapomniany koncert. Jakoś tak wyszło, że mieliśmy naprawdę dobrą godzinę występu, bo chyba ok. 20.00, więc to jeszcze bardziej potęgowało nasze doznania – widząc ludzi po horyzont. W tym czasie zagraliśmy jeszcze na dużej imprezie w Płocku z okazji XX urodzin Farben Lehre – to też była „gruba' impreza:). Tak samo dobrze jak zaczął się ten rok, tak też się skończył. Z początkiem października dostaliśmy zaproszenie od Pidżamy Porno z propozycją zagrania na ich XIX urodzinach.
 
To był prawdziwy ogień! Dwa ogromne koncerty – Wrocław – WWF oraz Kraków klub Studio. Nie spodziewałem się, że zostaniemy tak miło i ciepło przyjęci przez sympatyków Pidżamy. Obawiałem się, że po kilku piosenkach usłyszymy chóralne „wypierdalać” a tłum będzie krzyczał Pidżama! Pidżama! Jakież było nasze zaskoczenie, gdy siedząc w garderobie przed koncertem usłyszeliśmy chóralne Koniec Świata! Miód na serce :)
 
Początek 2007 roku to nasz pierwszy udział w Trasie Punky Live, na której nie ukrywam zawsze chcieliśmy zagrać. Była to pierwsza prawdziwa i tak duża trasa w naszej nieszczęsnej karierze. Prawdziwa bomba – 28 koncertów w całej Polsce u boku Farben Lehre (gospodarz trasy) oraz Zabili mi Żółwia, kluby wypchane jak dobra kasza słoniną i niezapomniane imprezy.
 
Zaraz po trasie – naładowani emocjami i pozytywna energią zaczęliśmy prace nad kolejna płytą. Nie ukrywam, że czasu mieliśmy jak na lekarstwo – gdyż premiera zaplanowana była na wrzesień 2007.
 
Udało się jednak wszystko zrobić na czas. Było kilka propozycji nazwy albumu: „Peron nr 4”, „1980” czy „4 rano” skończyło się jednak na „Burgerbarze”. Album dorobił się dwóch klipów. Pierwszy do piosenki „Wystarczy, że serce mi bije” - w myśl zasady „zrób to sam”, czyli znowu bez budżetu tak jak w przypadku „Atomowych”. Drugi natomiast z minimalnym budżetem - klip koncertowy do „Dziewczyny z naprzeciwka” zrobiony przez Mania Studio.

 
 
Coco jumbo i do przodu…

 
Skład z 'Burgerbaru” przetrwał do 2007, po czym nastąpiły kolejne zmiany kadrowe, których głęboko nie trawie, ale już zdążyłem się do tego przyzwyczaić. Pierwszy z zespołem pożegnał się Piter. Przez jakiś czas próbował pogodzić etat w NOSPR z graniem z nami, ale niestety na dłuższą metę nie dało rady. To była wielka strata dla całej kapeli, tak jakby reprezentacja Argentyny straciła Maradonę w '86 na mistrzostwach świata w Meksyku – albo nawet gorzej.
 
No i znowu trzeba było zrobić parę kroków do tyłu, żeby w ogóle ruszyć z miejsca. Coco jumbo i do przodu – to nasze hasło, ale nie wiem czy dobre:) Wszyscy świetnie zdawaliśmy sobie sprawę z tego, ze nie będzie nam łatwo znaleźć tak dobrego bębniarza jak Piter. Jasne można było wziąć byle jakiego, który i może by nauczył się grać po kilku latach, ale my chcieliśmy rasowego bębniarza, jakim był Piter i do tego z rodowodem. Tylko jak tu takiego znaleźć, jeśli masz do zaoferowania niepewny pieniądz? Z perspektywy czasu muszę przyznać, że mieliśmy wtedy chyba więcej szczęścia niż rozumu, bo jakoś spadliśmy na cztery łapy a w zasadzie na plecy Łukasza Gocala z Tychów (były perkusista Akurat i De Press)
 
Łukasz grał w zastępstwie za Pitra, gdy ten bębnił w eleganckim fraku dla NOSPR. Nie wiem jak długo trwał ten okres, gdy na zmianę graliśmy raz to z Pitrem raz z Łukaszem, w każdym razie taki układ na dłuższą metę też się nie sprawdzał. Pamiętam, że na pierwszej rozmowie Łukasz odrzucił naszą propozycję, mówił, że przeszedł intensywny okres grania już w Akuratach, że obecnie gra w De Press i ciężko będzie mu to wszystko ogarnąć. Nie wiem dlaczego, ale parę tygodni później Łukasz zadzwonił i powiedział, że chce grać. Materiał znał, byliśmy ograni, a on sam był świetnym perkusista i doświadczony jak Ron Jeremy. Znów pomału wychodziliśmy na prostą. Bardzo pomału, bo czekała nas jeszcze jedna zmiana w zespole, o której wiedzieliśmy już od jakiegoś czasu. Melo kończył studia i zaraz potem miał zacząć studia doktoranckie i dostać etat na uczelni w Gliwicach. Zaczęliśmy więc szukać basisty, zdając sobie sprawę, że nie znajdziemy basisty, który jednocześnie potrafi grać, a w kieszeni oprócz piersiówki z rumem „Captain Morgan” ma ponad milion dowcipów. Nowy basista po prostu miał dobrze grać i tyle. Korzystając z dobrodziejstw XXI wieku, czyli Internetu zamieściłem krótkie ogłoszenie na forum basowym: „kapela z Katowic szuka basisty”.
 
Odezwało się kilku nieszczęśników, lecz tylko jeden z nich wpadł nam od razu w oko. Tym kimś był Wojtek Filipek z Siemianowic Śląskich. Młody, sympatyczny, dobrze wychowany z całkiem niezłym warsztatem muzycznym. Wojt w parę dni opanował cały materiał, szybko zintegrował się z grupą i było kaczo. Po kliku próbach byliśmy gotowi, aby ruszyć w trasę a na horyzoncie malowało się gęste tournee Punky Reggae Live.
 
To był nasz drugi udział w tej trasie. Mając w pamięci ubiegłoroczne koncerty, nie mogliśmy się doczekać kolejnych. Oprócz nas, trzon trasy stanowili starzy znajomi z Leniwca no i gospodarze trasy Farben Lehre. Trasa jak zwykle wypaliła pod każdym względem – było bardzo, ale to bardzo kaczo!
 
Rok 2008 to nasz pierwszy większy sukces radiowy. W końcu doczekaliśmy się chwili, gdy nasza piosenka znalazła się na liście przebojów Trójki. Utwór o „Dziewczynie z naprzeciwka” doszedł do 13 miejsca :) Był to nasz mały, malutki sukces – w końcu udało nam się wyrąbać parę cegieł z otaczającego nas muru i wrzucić tam swoje dwa grosze.

 

 
W otoczeniu wołg i w asyście starych rozklekotanych ład, zahaczając o Lwów dowlekliśmy się na miejsce…

 

Wakacje tego roku też okazały się ciekawe. Dostaliśmy zaproszenie na Slavske Rock Fest – cykliczny festiwal na Ukrainie. Pomyśleliśmy sobie – tam nas jeszcze nie było! Generalnie mało gramy poza granicami naszego kraju. Czasami zdarzają się jakieś sporadyczne wyjazdy do Niemiec, Czech, czy Słowacji. Korzystając z zaproszenia pojechaliśmy na Ukrainę. Ziemie wschodnie zdobyte – tak możemy podsumować nasz pierwszy koncertowy wyjazd na Ukrainę. Podróż trwała ok. 14 godzin, to i tak nic w porównaniu z tym, że 14 godzin można spędzić na samym przejściu granicznym. Nas na szczęście ratowało pismo z Ambasady Polskiej, które ułatwiło nam szybsza przeprawę przez granicę. I tak oto w otoczeniu wołg i w asyście starych rozklekotanych ład, zahaczając o Lwów dowlekliśmy się na miejsce.

 

Miasteczko, w którym odbywał się festiwal przywitało nas ulewą. Miejsce festiwalu naprawdę fantastyczne, ze wszystkich stron karpackie szczyty, rzeki, które w tą noc płynęły zdecydowanie szybciej niż zwykle, no i naprawdę rewelacyjny klimat. Pierwszy raz graliśmy taki koncert. Błota było po kolana, o podjechaniu busem za scenę nie było nawet mowy, dlatego wynajęliśmy 2 samochody terenowe, aby przetransportować sprzęt pod scenę. Na samej scenie nie było lepiej, tak jakby ktoś przed chwila wylał kilka wiader wody razem z błotem. Jednak nie wiedzieć czemu, spodobało nam się to :) Lało coraz bardziej, tak bardzo, że musieliśmy skrócić występ o 1 utwór, ponieważ znaleźliśmy się sercu poważnej powodzi. (jak się potem okazało powodzi 100-lecia!) Wszystkie namioty, które były rozbite nad rzeką odpłynęły w bezpowrotny rejs, razem z rzeczami ich właścicieli, dlatego konieczna była ewakuacja wszystkich biwakowiczów do jednej z tutejszych szkół. Co chwile brakowało raz wody, raz prądu. Nikt jednak nie zdawał się tym zbytnio przejmować. Oczywiście festiwal trwał nadal do samego końca!

 

Ukraińskie zespoły, z którymi mieliśmy przyjemność zagrać w ten dzień, naprawdę zrobiły na nas spore wrażenie, szczególnie jeden, tylko kurcze nie pamiętamy nazwy :) Pomimo przeciwności losu, koncert naprawdę udany i jedyny w swoim rodzaju, możemy go śmiało wrzucić do kategorii koncerty ekstremalne :). Po koncercie after party również udany :) Zostaliśmy bardzo ciepło przyjęci i ugoszczeni przez organizatorów, niczego nam nie brakowało. Podsumowując, wyjazd jak najbardziej zaliczony do udanych, z przygodami i nowymi wrażeniami, było w pytkę :)
 

 
Zagraliśmy w tym składzie sporo koncertów zjeździliśmy Polskę wzdłuż i wszerz, ale za jakiś czas ktoś miał już swoja nucić nutkę…

 
Pamiętam ten dzień. Było piękne lato 2008, jechaliśmy zagrać koncert na Festiwalu w Jarocinie. Jak tylko ruszyliśmy z Katowic, Łukasz ogłosił, że jego czas w tym zespole dobiega końca. Zahartowani przez życie, wiedzieliśmy, że jakoś sobie poradzimy, że damy radę. Nie ma tego, to będzie inny. Na szczęście Wojt miał masę kontaktów do rożnych muzyków, od perkusisty, przez waltornistę a nawet do gościa grającego na dudach.
 
Pierwszą osobą na liście kontaktów Wojta był Mały, czyli Grzegorz Imielski ze Świętochłowic (założyciel i perkusista Chico). Mały potrzebował kilku dni na przemyślenie tematu, bo poza graniem w Chico, grał on tez w wielu innych składach, musiał więc to wszystko jakoś ogarnąć. Koniec końców udało się, Mały postanowił przyłączyć się do zespołu i zaczęliśmy pracować. Znów zamiast lecieć do przodu z materiałem, tworzyć, komponować pracować nad nowymi piosenkami, byliśmy zmuszeni zrobić cały stary materiał z nowym bębniarzem. Dobrze, że Mały był na tyle kumatym pałkerem, że w okamgnieniu opanował cały program i było po sprawie.
 
W październiku 2008 ruszyliśmy w trasę z naszymi dobrymi przyjaciółmi, towarzyszami doli i niedoli – z kapelą o najgłupszej nazwie jaką słyszałem: „Zabili mi Żółwia” :) Trasa obejmowała 50 koncertów i trwała chyba do kwietnia 2009 roku.  Na tej trasie było rożnie – były koncerty bardziej i mniej udane, przy pełnych klubach i wypełnionych tylko do połowy, ale co przeżyliśmy to nasze :)
 
Pod koniec trasy zaczęliśmy prace nad nasze kolejną płytą, czyli nad „Oranżadą”. Przez ten okres powstały takie utwory jak „Na moście w Sarajewie”, „Bankiet”, „Fania co strzelała do Lenina” i „Głuche telefony”. Więcej piosenek już nie zrobiliśmy w tym składzie, gdyż po roku grania Mały zdecydował się opuścić Koniec Świata i cały swój czas i energię poświęcić Chico. Byliśmy w połowie pracy nad nową płyta, bez bębniarza, bez broni, bez orła na czapce. I jak tu teraz robić nowy materiał, skoro nie ma „fizycznego”, a nawet jak będzie to na nowo trzeba będzie ograć stare numery z nowym i tak w kółko. Dlatego wybaczcie nam i zrozumcie, że czasami, nie gramy niektórych utworów, których tytuły wykrzykujecie na koncertach, gdyż przy takiej rotacji muzyków (zwłaszcza perkusistów) nie wszystko jesteśmy w stanie zrobić.
 
Na nowego „breakmaszynistę” nie musieliśmy długo czekać. Michał Lex (Ćwiortka) dołączył do nas w 2009 roku. Wcześniej zastępował Małego w Chico, gdy ten jeździł z nami na koncerty. Ćwiortka grał wcześniej w takich kapelach jak Nierealne Warzywa (grał tam basie) i 100 Twarzy Grzybiarzy. Obecnie poza Końcem Świata, udziela się też kapelach: 52UM oraz Sun For Miles. Ćwiortka to zaprawiony i zahartowany załogant, jest jak stary wilk, co życie dobrze zna. Do tego świetny perkusista z bagażem doświadczeń i ogromna pasją.

 

 
Po urodzinowym szaleństwie wróciliśmy do pracy nad płytą…

 
W styczniu 2010 „stuknęło” nam 10 lat. Szybko zleciało, nie ma co. Chcieliśmy z tej okazji zagrać kilka jubileuszowych koncertów. Zaprosić kilku bliskich nam muzyków, aby uświetnić jakoś to wydarzenie.
 
Niestety nie udało się zaprosić wszystkich, których chcieliśmy – bo terminy się nakładały. Nie mógł przyjechać Kuba Kawalec z Happysad ponieważ miał w tym czasie koncerty, Tomek Kłaptocz nagrywał wtedy płytę z Buldogiem i tez nie dał rady. Udało nam się jednak zaprosić Maćka Kurowickiego z Hurtu, „Wieśka” czyli Michała Wojnara – lidera formacji Zabili mi Żółwia, oraz Jana Gałacha (skrzypce) z zespołu Osły. W sumie odbyły się trzy koncerty urodzinowe: Nowy Sącz, Kraków i Katowice. W Katowicach wystąpił jeszcze z nami Krzysiek Kurek, który „jechał” na mandolinie.
 
Po urodzinowym szaleństwie wróciliśmy do pracy nad płytą, która w rezultacie ukazała się 26 kwietnia 2010 roku. Objechaliśmy z „Oranżada” tyle miast ile się tylko dało i powoli zaczęliśmy myśleć nad nowymi piosenkami. „W tak zwanym międzyczasie”, Wojt przekazał nie najlepsze wieści… chłopaki sorry, bardzo mi przykro, ale muszę zrezygnować z grania. Rozumiałem go, myślę, że wszyscy rozumieliśmy, Czinczu (bo tak też został ochrzczony) budował własne studio nagrań, któremu musiał poświęcać coraz więcej czasu i każdą wolna chwile spędzał właśnie tam. Dokładnie za 4 godziny wybieram się do tego studia, aby nagrać gitary i wokale do naszych dwóch nowych piosenek „Chory Kraj” i „Czarny kot, biały kot”. (jest 13 marca 2011).
 
Pierwszy telefon wykonałem do Mela. Melo nadal pracuje na uczelni, wciąż robi studia doktoranckie, z tym, że ma teraz nieco więcej luzu – z czasem wszystko robi się luźniejsze:) Bardzo się ucieszył z tej propozycji i powiedział, że możemy spróbować pogodzić jego życie zawodowe z graniem – a w praniu zobaczymy, czy się uda. W razie czego jest Wojt na zastępstwo :)

Przez ostatnie kilka lat przewinęło się przez nasz zespół tylu muzyków, że ktoś na zastępstwo zawsze się znajdzie. Pamiętam, że na oranżadowej trasie, grał z nami Mały, bo Ćwiortka grał wtedy koncert z 52umem, tak więc nie ma tego złego.
 
10 lat minęło strasznie szybko, wiele by opowiadać… a co będzie dalej - zobaczymy.
 
Trzymajcie kciuki za KŚ :)

Jacek Stęszewski 13.03.2011


 
 

Muzycy którzy udzielali się w Końcu Świata:
 

Michał Leks
Wojtek Filipek
Grzegorz "Mały" Imielski

Łukasz Gocal

Piotr "Piter" Połaniecki

Tomasz Widera

Seba Szatanik

Witek Ilwicki

Łukasz "Forest" Gmyrek

Dawid Frydryk

Konstanty Janiak

Wojtek Kołek

Adam Magiera

Radek Michalik

Jasiu Gałach

Mateusz Ruczyński

Bartek Banasik

Klaudiusz Kłosek

- perkusja
- bas
- perkusja

- perkusja

- perkusja

- bas

- perkusja

- gitara

- perkusja

- trąbka

- puzon

- sax

- klawisz 

- akordeon 

- skrzypce 

- puzon

- sax 

- trąbka 

2009 - 2013
2007 - 2011
2008 - 2009

2007 - 2008

2003 - 2007

2000 - 2004

2001 - 2003

2000 - 2001

2000 - 2001

2000 - 2001

gościnnie na płycie "Kino Mockba"

gościnnie na płycie "Kino Mockba"

gościnnie na płycie "Kino Mockba"

gościnnie na płycie "Kino Mockba"

gościnnie na płycie "Kino Mockba"

gościnnie na płycie "Symfonia na sprzedaż"

gościnnie na płycie "Symfonia na sprzedaż"

gościnnie na płycie "Symfonia na sprzedaż"


 
 

 

Copyright 2002-2007 GFM GrupaFreshMedia & KŚ, Wszelkie prawa zastrzeżone, zakaz kopiowania grafiki oraz treści bez zgody autorów