|
HISTORIA ZESPOŁU
nie słychać. Za perkusją zasiadł Macior (później bębnił w grupie Hariasen), a na basie grał Domin (były basista De Windows) - do dziś moi bardzo dobrzy przyjaciele. Sellout jednak umarł śmiercią naturalną i znowu grałem sobie a muzom. A, że trudno było wytrzymać bez grania...
Na początku 2000 założyłem kolejny zespół, pierwszy doszedł do mnie Tomek Widera (również były basista z kapeli De Łindows). W niedługim czasie skompletowaliśmy skład i zaczęliśmy ostro pogrywać. Nazwy jednak jak nie było tak nie było. W końcu, pod presją pierwszego koncertu, który notabene nie odbył się, byliśmy zmuszeni nazwać jakoś nasz band. Kompletnie nic nam nie przychodziło do głowy. Lecz, gdy już trzeba było wrzucić nazwę na plakat, w ostatniej chwili padło na KONIEC ŚWIATA. Żadna rewelacja, jeśli chodzi o nazwę grupy, taka sobie nazwa, bez żadnych ukrytych znaczeń, sucha, bezpłciowa. W skład grupy wchodzili wówczas: Łukasz Gmyrek - bębny, Witek Ilwicki - gitara, Dawid Frydryk - trąbka, ja i Tomek Widera.
Po siedmiu miesiącach wspólnego muzykowania, w przeciągu 4 dni nagraliśmy naszą pierwszą kasetę Pt. „KORZENIE” w studio Clash u Rogera z Kliniki (serdeczne pozdrowienia), która następnie została wydana przez gliwickie wydawnictwo Zima. Jak zwykle o wszystkim zadecydował przypadek, szczęście, itp. rzeczy. Zaczęliśmy nieco więcej koncertować, coraz dalej, ale bez przesady.
I tak, aż do 2001 gdy postanowiliśmy nagrać drugi album pt „SYMFONIA NA SPRZEDAŻ”. W tym samym mniej więcej czasie nad zespołem zaczęły unosić się czarne chmury. Coś nie grało, atmosfera była nie ta, itd.. Cały czas coś negatywnie iskrzyło, zamiast prób były awantury, bezsensowne kłótnie na idiotyczne i nikomu nie potrzebne tematy, co tu ukrywać, było ciężko. Los jednak chciał, żebyśmy nagrali jeszcze jedną płytę nim wszyscy się pozabijamy. Tym razem padło na studio Czad. Cudem jakoś poszło bez rozlewu krwi. Po powrocie ze studia nagrań zagraliśmy jak się później okazało nasz ostatni wspólny koncert.
Koniec i początek Końca Świata...
Zostałem ja i Tomek, postanowiliśmy za wszelką cenę odbudować zespół, znaleźć nowych muzyków, a ciężko było, oj ciężko. Szkoda było włożonej w to wszystko pracy, wysiłku, nerwów, użerania się z tym wszystkim, a poza tym bardzo zależało nam na zespole. Część koncertów trzeba było odwołać, ale postanowiłem nie odwoływać wszystkich. Do koncertu w Warszawie w klubie "Hybrydy” pozostawał miesiąc w zespole zamiast pięciu było dwóch.
Skompletowanie składu to jedno a ogranie materiału to drugie. Nie było czasu do stracenia, pierwszy doszedł do nas mój dobry znajomy Czepek - Jacek Czepułkowski kiedyś gitarzysta i śpiewak osiedlowo – garażowego zespołu "Flush", mieli nawet parę niezłych numerów, ale nie przetrwali długo. Wiedząc o tym, że jest bezrobotnym gitarzystą zaproponowałem mu wspólne granie - odpowiedział, czemu nie? można spróbować - było nas już trzech. Następnie doszedł perkusista Sebastian Szatanik, znajomy Tomka jeszcze z czasów De Łindows, bardzo twardy zawodnik, nie dawno wyszedł z wojska, gdzie nie raz nocował pod gołym niebem, w okopach, strzelał z armaty i robił inne dziwne i nikomu nie potrzebne rzeczy. Na końcu doszedł Szymon Cirbus, trębacz pierwsza klasa, wesoły i inteligentny chłopak, najmłodszy w zespole. Nie było nawet kiedy się przetrzeć, tylko od razu wypłynęliśmy na szerokie wody.
Warszawa rok 2001 klub "Hybrydy" - Czyli debiut nowego Końca Świata...
Było świetnie, pełny klub, gorąca atmosfera i świetne przyjęcie. Może nie zagraliśmy super, ale było nie źle, co najmniej dostatecznie, spocone ręce, sztywne nogi i pełne skupienie, to jedne z czynników, które nieco obniżały wartość artystyczną naszego koncertu - ale jakoś poszło. Po niecałej godzinie okazało się, że zagraliśmy już cały nasz repertuar (tyle ile do tego czasu zdążyliśmy przegrać), ludzie krzyczą bis, zagrajcie jeszcze! A my patrzymy się na siebie jak ciele w namalowane wrota, ni stąd ni zowąd zaczęliśmy grać jakieś piosenki, które znałem tylko ja i Tomek, małe zamieszanie na scenie, chłopaki z zespołu trochę spanikowali, co to jest?!- Pytali, jakie akordy?! Było śmiesznie, ale jakoś dojechaliśmy. Całość oceniam dostatecznie.
Debiut mieliśmy już za sobą. Później były już następne koncerty min. Winter Reggae, Afryka i inne mniejsze w klubach. Powoli się przecieraliśmy, było jeszcze sporo pracy przed nami, litry wylanego potu i tysiące zerwanych strun, ale przecież nie od razu Rzym zbudowano. Wszystko było na dobrej drodze. Najważniejsze, że po tych wszystkich próbach, Koniec Świata wreszcie stał się zespołem, którym tak naprawdę nigdy wcześniej nie był, i nie chodzi tu wcale o poziom muzyczny grupy, lecz o związki i kontakty międzyludzkie. Wydawało nam się, że stanowimy zwartą grupę, dobrze się ze sobą rozumiemy i czujemy, zarówno na scenie jak i poza nią, a co najważniejsze, szanujemy siebie nawzajem...
CZĘŚĆ II 2001 - 2006
Czas poszedł dalej, wiele się pozmieniało. Wszystkie poprzednie wywody i hasła o zwartej grupie i zwartych szeregach dziś stają tak bardzo nieaktualne jak przedwojenna gazeta. Chyba za bardzo wierzyłem w to, by było tak, jak chce. Czas jednak pokazał, jak było naprawdę. Ostatnie słowa zostały napisane w 2001, dzięki Bogu mamy już koniec 2006. Pięć lat do napisania, drapie się po głowie i myślę, co tu napisać, przecież nie wszystko pamiętam… Mam jednak nadzieje, że nie umknie mi żadna istotna rzecz...
Postaram się przybliżyć Wam najistotniejsze zdarzenia, jakie miały miejsce przez ten czas...
Od końca pierwszej części historii zagraliśmy dużo koncertów w mniejszych i większych miastach, wydawało mi się, że wszystko było na dobrej drodze, jednak z perspektywy czasu mogę śmiało powiedzieć, że było coraz gorzej. W roku 2003 po pewnym koncercie z okazji WOSP w klubie „Za szybą” w Katowicach zapadłą decyzja o zmian perkusisty, grał wtedy z nami Seba. Decyzja ta spowodowana była różnymi zawiłościami personalnymi, o których po tak długim czasie nie sposób opowiedzieć. Rozpoczęliśmy więc polowanie na pałkera – a nie było to łatwe. Próbowaliśmy wszystkich (jakich tylko znaliśmy lub też nie znaliśmy) po kolei, a zbyt wielu kandydatów nie było.
Pewnego dnia dostaliśmy kontakt do pewnego młodego człowieka, który zwał się Olo Juraszczyk - kontakt ten dostaliśmy od Justyny Ludkowskiej (puzonistki, która grała z nami gościnnie parę koncertów). Zadzwoniłem więc do Ola z propozycją grania disco - pola. Powiedział: „dlaczego nie?”. Odetchnęliśmy, tym bardziej, że chłopak grał bardzo kaczo na swoim zestawie. Jednak, gdy zaproponowaliśmy mu granie na stałe, nie zgodził się, twierdząc, że ma też inna kapelę oraz tłumacząc, że na pewno nie pogodzi dwóch zespołów i raczej nie zagrzeje u nas miejsca. Olo zgodził się pograć z nami do czasu, gdy znajdziemy drugiego tak dobrego (lub lepszego).
Były kolejne przesłuchania, próby, poszukiwania, lecz wszystko to jak krew w piach. Aż tu razu pewnego, Szymon przypomniał sobie o pewnym perkusiście z czasów szkoły średniej. Jak później się okazało, to było to, czego przez cały ten czas szukaliśmy.
Był to Piotrek Połaniecki, dziś dla wszystkich Piter – żelazny kręgosłup zespołu. Pamiętam, że pierwszy raz umówiliśmy się z nim pod kinem „Lotnik” w Będzinie. Wtedy to w paru słowach opowiedzieliśmy mu o kapeli, omówiliśmy temat bycia w zespole i kogo tak naprawdę szukamy. Jego odpowiedź była jak najbardziej pozytywna, co bardzo nas ucieszyło. Początki nie były łatwe, gdyż Piter nigdy wcześniej nie grał w żadnej kapeli rockowej i co za tym idzie nie miał typowo rockowego doświadczenia oraz punk rockowego szlifu. Bardzo szybko jednak nadrobił te wszystkie braki i po pewnym czasie zaczął bębnić najpiękniej ze wszystkich perkusistów, którzy do tego czasu przewinęli się przez Koniec Świata.
W chwili, kiedy Piter był już na pokładzie, zostaliśmy zaproszeni na festiwal Woodstock 2003 do Żar. Szkopuł jednak w tym, że nie mógł z nami zagrać, gdyż w tym samym czasie ciężko zarabiał pieniądze na swój byt na drugim końcu Polski. Całe szczęcie cały czas mieliśmy niesamowitego zawodnika, a mianowicie wszystkim już dobrze znanego Pana Ola – człowieka, na którego można liczyć w każdej sytuacji. Większość naszego materiału już znał, byliśmy w miarę ograni, więc zagraliśmy ten niezapomniany koncert razem z nim.
Piter zadebiutował w Niemczech 30.08.2003 w mieście Ebersbach na festiwalu „Das Kulturfestival“. Potem były następne koncerty, aż z czasem Piter bardzo zaangażował się w prace w zespole, co wyszło nam oczywiście jak najbardziej na dobre, ponieważ dotychczas żaden pałker nie poświęcał kapeli tak wiele czasu, energii i pracy. Można by rzec, że przesiąknął tak mocno rock and rollem, jak wełniany sweter mocnymi papierosami.
Był rok 2004 i w tym właśnie okresie pracowaliśmy nad nową płytą „KINO MOCKBA”. Mieliśmy już nagrane demo i dosłownie tygodnie dzieliły nas od wejścia do studia, celem zrealizowania materiału. Wszystko układało się w miarę dobrze, aż do pamiętnego koncertu dnia 17.07.2004 w Żorach, gdzie graliśmy razem z Houbą (czeskimi punkersami z Usti Nad Labem). Impreza zakończyła się nieoczekiwanie, ponieważ wkrótce po rozpoczęciu koncertu przez wspomniana Hoube, ktoś poczęstował nas wszystkich gazem, co w efekcie skończyło się ewakuacją przybyłych. Właśnie wtedy, w tak pięknych okolicznościach przyrody, Tomek (nasz ówczesny basista), który wręcz brylował swoim trudnym charakterem, dał popis swoich umiejętności w „sztuce negocjacji”. Wytoczył przeciwko nam armaty, które pojawiały się, w stosunku do nas często przed i po prawie każdym koncercie. Mieliśmy serdecznie dosyć, zwątpiliśmy. Najgrubsza struna, która już od dłuższego czasu była naciągana, w końcu pękła i opadły nam ręce. Rozstaliśmy się przed klubem.
Wracając do domu zatrzymaliśmy się na pewnej stacji, gdzie podjeżdżają ludzie swoimi autkami, celem ich zatankowania. Po krótkiej rozmowie jednogłośnie podjęliśmy decyzje, że na tym koniu daleko nie zajedziemy, uprzytomniliśmy sobie, że z tej mąki chleba nie będzie, że wszystkie nasze przeprowadzone rozmowy nic nie dały i musimy z tym skończyć - Tomek musi odejść. Nie było nam wtedy łatwo, patrząc z perspektywy ciężkiej pracy włożonej w przygotowanie nowej płyty, gdzie dosłownie godziny dzieliły nas od wejścia do studia, wszystko było przygotowane i dopięte na przed ostatni guzik. Nie żałujemy tej decyzji.
Znowu trzeba było ubrać strój gajowego, przywdziać kapelusik z piórkiem, spuścić ze smyczy jamniki i inne kundle myśliwskie i rozpocząć polowanie...
Tym razem na basistę. (... w tym momencie Melo zadałby pytanie,... „A jak to jest na basistę”?) Były kolejne poszukiwania, przesłuchania, ale jakoś nikt konkretny nie chciał się zjawić. Jednak pewnego pięknego dnia, kiedy to spacerowałem z Czepkiem szerokimi ulicami naszego osiedla, spotkaliśmy mojego starego znajomego z podstawówki i to on właśnie uświadomił nam, że brat naszego wspólnego kumpla, z którym to ja chodziłem najpierw do przedszkola a potem do podstawówki, gra na basie i to ponoć całkiem nieźle. Nie powiem, żebyśmy z Czepkiem byli specjalnie rozentuzjazmowani tą wiadomością, gdyż z reguły podchodzimy sceptycznie do pewnych spraw, aby potem ewentualnie miło się rozczarować. Tak czy inaczej, wzięliśmy sobie tą informację do serca i na drugi dzień zadzwoniłem z tą „niemoralną propozycją”. Trochę chciało mi się śmiać, gdy wykręcałem numer, gdyż ostatnio Marka (Mela) widziałem, kiedy miał 10 a ja 13 lat, tak więc trochę czasu minęło. Dokładnie już nie pamiętam tej rozmowy, w każdym razie jej finał był pozytywny. Melo grał wcześniej w kapelach Kosmos i Crystal Viper – na gitarze basowej ma się rozumieć. Po pierwszej próbie wszyscy jednogłośnie stwierdziliśmy, że to jest to, no i od tej pory Melo gra z nami do dnia dzisiejszego.
Melo, czyli Marek Mrzyczek zadebiutował 18.09.2004 plenerowym koncertem w katowickim Parku Kościuszki, gdzie graliśmy razem z zespołem Raz Dwa Trzy. Podobno sadził wtedy byka za bykiem, scena jednak była tak duża, że jakoś nie zwróciłem na to uwagi. Melo to człowiek, który ujął nas nie tylko swoją dobrą grą, warsztatem, solidnością i wiedzą muzyczną, ale również ogromnym poczuciem humoru, niewyczerpanym zasobem dowcipów oraz kawałów no i tym, że potrafi wypić znacznie więcej niż my, co było swego rodzaju nowością!
Jeszcze przed debiutanckim koncertem Mela, zrobiliśmy cały materiał na płytę „Kino Mockba”. Z perspektywy czasu, mogę powiedzieć, że mieliśmy niesamowite szczęście, ponieważ Melo był w miarę ograny i co najważniejsze kumaty, łykał numery jak pelikan, w przeciwnym razie musielibyśmy przełożyć datę wejścia do studia na bardziej odległy termin.
Owocem tej intensywnej pracy był wydany 30.05.2005 przez wydawnictwo Rockers Publishing album „KINO MOCKBA”. Album, w który wszyscy włożyliśmy bardzo dużo serca pomimo różnych sytuacji osobistych oraz przeciągającej się sesji nagraniowej. „Kino Mockba” nagraliśmy w Maq Studio w Wojkowicach, współpracował z nami bardzo utalentowany realizator Michał Rosicki, który notabene, do pewnego czasu, jeździł z nami prawie wszędzie realizując nasze koncerty.
Na początku 2006 roku doszedł do nas Zbyszek Kruczek, czyli wszystkim dobrze znany Mruku, człowiek, który wcześniej organizował nam i wielu innym kapelom koncerty w Nowym Sączu. Mruku zajął się szeroko pojętym managementem – organizacją koncertów, sprawami organizacyjnymi, różnymi nikomu nie potrzebnymi rzeczami itp. Innymi słowy stał się gościem od brudnej roboty (szara eminencja).
Od tamtej pory zespół przetrwał bez zmian
personalnych do dnia dzisiejszego. Modlę się, aby ten skład przetrwał tak długo,
jak to tylko możliwe, żeby tylko starczyło nam sił, wytrwałości, zacięcia,
pomysłów i determinacji… Wakacje tego roku też okazały się ciekawe. Dostaliśmy zaproszenie na Slavske Rock Fest – cykliczny festiwal na Ukrainie. Pomyśleliśmy sobie – tam nas jeszcze nie było! Generalnie mało gramy poza granicami naszego kraju. Czasami zdarzają się jakieś sporadyczne wyjazdy do Niemiec, Czech, czy Słowacji. Korzystając z zaproszenia pojechaliśmy na Ukrainę. Ziemie wschodnie zdobyte – tak możemy podsumować nasz pierwszy koncertowy wyjazd na Ukrainę. Podróż trwała ok. 14 godzin, to i tak nic w porównaniu z tym, że 14 godzin można spędzić na samym przejściu granicznym. Nas na szczęście ratowało pismo z Ambasady Polskiej, które ułatwiło nam szybsza przeprawę przez granicę. I tak oto w otoczeniu wołg i w asyście starych rozklekotanych ład, zahaczając o Lwów dowlekliśmy się na miejsce.
Miasteczko, w którym odbywał się festiwal przywitało nas ulewą. Miejsce festiwalu naprawdę fantastyczne, ze wszystkich stron karpackie szczyty, rzeki, które w tą noc płynęły zdecydowanie szybciej niż zwykle, no i naprawdę rewelacyjny klimat. Pierwszy raz graliśmy taki koncert. Błota było po kolana, o podjechaniu busem za scenę nie było nawet mowy, dlatego wynajęliśmy 2 samochody terenowe, aby przetransportować sprzęt pod scenę. Na samej scenie nie było lepiej, tak jakby ktoś przed chwila wylał kilka wiader wody razem z błotem. Jednak nie wiedzieć czemu, spodobało nam się to :) Lało coraz bardziej, tak bardzo, że musieliśmy skrócić występ o 1 utwór, ponieważ znaleźliśmy się sercu poważnej powodzi. (jak się potem okazało powodzi 100-lecia!) Wszystkie namioty, które były rozbite nad rzeką odpłynęły w bezpowrotny rejs, razem z rzeczami ich właścicieli, dlatego konieczna była ewakuacja wszystkich biwakowiczów do jednej z tutejszych szkół. Co chwile brakowało raz wody, raz prądu. Nikt jednak nie zdawał się tym zbytnio przejmować. Oczywiście festiwal trwał nadal do samego końca!
Ukraińskie zespoły, z którymi mieliśmy przyjemność
zagrać w ten dzień, naprawdę zrobiły na nas spore wrażenie, szczególnie jeden,
tylko kurcze nie pamiętamy nazwy :) Pomimo przeciwności losu, koncert naprawdę
udany i jedyny w swoim rodzaju, możemy go śmiało wrzucić do kategorii koncerty
ekstremalne :). Po koncercie after party również udany :) Zostaliśmy
bardzo ciepło przyjęci i ugoszczeni przez organizatorów, niczego nam nie
brakowało. Podsumowując, wyjazd jak najbardziej zaliczony do udanych, z
przygodami i nowymi wrażeniami, było w pytkę :)
Muzycy którzy udzielali się
w Końcu Świata:
|
Copyright 2002-2007 GFM GrupaFreshMedia & KŚ, Wszelkie prawa zastrzeżone, zakaz kopiowania grafiki oraz treści bez zgody autorów